Początek nowego życia...
Była idealna cisza. Jedyny odgłos, jaki dawał się
usłyszeć tej nocy to bębnienie kropel deszczu w dachy wiejskich chatek.
Mała Kira od paru godzin próbowała zasnąć. Jej rodzice
wyjechali do miasta Fis, by sprzedać zebrany tego roku plon i mieli wrócić
jutro w południe. Sąsiadka, która się nią zajmowała wróciła do swojego domu.
Jednak to nie samotność doskwierała czterolatce. Co
tysiąc lat nad królestwem Holan smoki całego świata wędrują do swoich gniazd
znajdujących się gdzieś na oceanie. Wędrowni bajarze opowiadali najmłodszym
mieszkańcom miasteczka, że stwory zawsze przelatują nad okolicznymi lasami.
Dziewczynka pragnęła zobaczyć, chociaż jedną legendarną bestię na żywo, ale
bała się wyjść. Mimo lęku spakowała kilka skib chleba, przygotowała lampę
oliwną i najcieplejszy ze swoich płaszczy.
Wyglądała za okno. Miała widok na całe miasteczko. Z
prawej strony plac ze studnię otaczała gospoda z niewielką stajnią oraz
zaimprowizowana arena, a raczej błotniste pole, które zostało odgrodzone od ław
i ściętych pni dębów drewnianymi palami przeplatanymi żelaznym drutem. Reszta
miasteczka składała się z ośmiu chylących się ku upadkowi domów, takich jak
Kiry.
W oddali z lasu wyjechał powóz.
Rozpoznała konia ciągnącego furmankę- stary ogier o
jasnokasztanowatej sierści teraz ubłoconej, z którym lubiła się bawić,
pokonując wymyślone tory przełajowe, biegł ociężałym kłusem w stronę domu.
To jej rodzice.
Zapomniała o przygotowanych rzeczach i wybiegła na
boso w nocnej sukience na dwór.
Jej długie cynamonowe włosy rozwiewał wiatr.
Przymykała szare jak stal oczy, by nie dostawała się do nich woda. Szkarłatne
usta drgały, desperacko łapiąc powietrze. Biegnąc, rozbryzgiwała błoto, przez
co jej skóra z natury w odcieniu porcelanowym przybrała lekko brązowy odcień.
Miała ochotę przytulić się do mamy i taty.
-Za mną!- przeszył ciszę nieludzki ryk.
Kira gwałtownie stanęła, szukając dookoła siebie
osoby, która się odezwała. Jednak nikogo nie zobaczyła.
Powóz stanął. Koń zaczął nerwowo stukać kopytami w
kamienną drogę.
Na deszcz wyszły dwie osoby: drobna kobieta z
kruczoczarnymi włosami splecionymi w gruby warkocz i dobrze zbudowany mężczyzna
o rudej potarganej czuprynie.
Biegli w stronę dziewczynki z każdym krokiem coraz
szybciej, tak jakby w każdej chwili czterolatka mogła zniknąć.
Kira zrobiła nieśmiały kroczek, następnie kolejny już
z większą śmiałością i jeszcze jeden.
Bum!
Przed dziewczynką runął z ogłuszającym trzaskiem jeden
z domków. Uderzenie powaliło ją na ziemię.
- Mamo! Tato! - piskliwie krzyknęła czterolatka.
Gdy się uspokoiła, spostrzegła, że to niejedyny dom,
jaki leżał na ziemi. Chaty, które jeszcze stały, zajęły się ogniem. Z nieba
zniknęły gwiazdy i księżyc przysłonięte ruchliwą, czarną masą. Dookoła latały
wielkie, potężne, bestie ziejące ogniem i plujące kwasem.
Jeden z potworów usłyszał małą Kirę. Leciał w jej
stronę. Dziewczynka błyskawicznie zerwała się do biegu, lecz stwora to nie
zniechęciło. Machnął kilka razy potężnymi skrzydłami, by przyspieszyć. Gdy
podleciał wystarczająco blisko, wyciągnął łapy, aby pochwycić dziewczynkę. Po
chwili dziecko znalazło się w żelaznym uścisku bestii.
- Ratunku! - wołała, ale na darmo.
Smok, który ją porwał miał ciało pokryte czarnymi,
matowymi łuskami. Wyrastające z boków wielkie skrzydła podobne do nietoperzych
poruszały się co jakiś czas, wstrząsając masywnym ogonem zakończonym czymś na
ich wzór, ale mniejszym. Podłużna o ostrym jakby dziobie głowa, zwieńczona z
tyłu wachlarzem kolców skierowana była w stronę lotu. Dwie tylne łapy z
pazurami zwisały swobodnie, a przednie trzymały Kirę. Ciało smukłe i wąskie
wbrew pozorom było mocno umięśnione. Dość mała bestia w porównaniu do smoka,
przy człowieku robiła monstrualne wrażenie.
Dziewczynka straciła poczucie czasu. Pewnie leciała
już około godziny. Niedługo miało wzejść słońce. Niebo już robiło się szare.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że najprawdopodobniej umrze w paszczy
zwierzęcia, jako śniadanie. Przerażona tą możliwością próbowała wymknąć się
porywaczowi, uderzając go w łapy oraz krzycząc, jednak żadna z prób ucieczki
się nie udała. Zrezygnowana zwiesiła głowę.
Wylecieli nad polanę. Z lasu, który minęli wyłoniła
się postać dosiadająca konia. Zwierzę gnało cwałem w cieniu smoka i niosło
nieznajomego. Smok leciał wystarczająco nisko, by jeździec mógł zrealizować
swój plan. Mężczyzna spod czarnego płaszcza, pod którym miał kołczan, miecz i
inną broń, wydobył strzałę, założył ją na cięciwę ściągniętego z ramiona łuku,
naciągnął i wystrzelił. Pocisk przeleciał przez pustą przestrzeń i trafił smoka
w szyję, przelatując przez nią na wylot. Bestia wydała z siebie ochrypły ryk i
runęła na ziemię.
Nieznajomy zeskoczył z siodła i pobiegł co tchu w
stronę dziewczynki, która nadal tkwiła w uścisku potwora. Gdy znalazł się obok
bestii, ona niespodziewanie machnęła na oślep tylną łapą, rozrywając twarz
bohatera. Mężczyzna nie zważając na ból i cieknącą z polika oraz szyi krew
wyciągnął zza pleców lśniący miecz o prostym wyglądzie i wbił głęboko pod
łopatkę smoka.
Szybko wyswobodził przerażoną dziewczynkę z
przygniatającego ciężaru smoczych łap i przytulił do siebie, brudząc ciepłą
krwią. Mówił do milczącej czterolatki uspokajająco:
- Już dobrze. Wszystko będzie dobrze.Zachęcam do komentowania, ponieważ dopiero (nie traktujcie tego dosłownie, bo już trochę kartek i pamięci na komputerze wypełniłam) zaczynam pisać.
;D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz